samotne macierzyństwo

Samotne wśród ludzi

 

 

Gdy mówimy o samotnym macierzyństwie, przychodzą nam do głowy matki samodzielnie wychowujące dzieci. Może to przychodzić na myśl jako pierwsze, ponieważ samotność kojarzy się z fizycznym brakiem „kogoś”. Jednak może w mniej oczywisty sposób, ale czasem nawet bardziej boleśnie, doświadczamy samotności wśród ludzi. I o tego rodzaju samotności jest ten tekst.

 

Samotne wśród mężów, partnerów, rodziny, koleżanek. Samotne w dużych miastach, w tłumach, w kolejkach do lekarzy, na spacerze. Same ze swoimi problemami, bo dzielić się nimi trudno, gdyż jest bardziej niż pewne, że spotka nas ocena. Surowa ocena. Nie znam większego pola do popisu, jeśli chodzi o ocenianie, niż macierzyństwo. Bo istnieje ten ideał matki Polki, w który chce wierzyć każdy – ze wszystkimi kobietami, które matkami są, włącznie. Tyle że każda, która matką zostaje, wie, że to praktycznie niemożliwe. Że to jakiś opresyjny mit. A mimo to stawia sobie ten obraz za wzór i codziennie, pełna frustracji, goni go, zaciskając zęby… sama. To często indywidualna, wewnętrzna rozgrywka. Bo przecież powinna to umieć, bo przecież powinna to wiedzieć, bo jest matką, to chyba ma jakieś instynkty? Więc, żeby nie pogarszać sytuacji, może lepiej pchać ten wózek samotnie i wbić wzrok w buty, żeby przypadkiem nie zachęcić jakiejś starszej pani do skomentowania braku szaliczka czy odkrytej nóżki? I nie, że nie ma się chęci z taką panią podyskutować, myślę, że bardziej pojawia się obawa, żeby jej, delikatnie rzecz ujmując, nie szturchnąć. Ale jak wiadomo… matce nie przystoi. No bo jak to? Agresja przecież nijak się ma do matczynej łagodności.

 

Samotna, bo ciągle krytykowana. „Dobrą radę” ma każdy, dobre słowo już nie tak często. I mowa oczywiście również o kobietach, które same mają już dzieci. Pomimo tego, że często wiemy, jakich trudności i dylematów macierzyństwo przysparza, to nie dzielimy się tym i udajemy, że nie rozumiemy. Próbujemy zachować pozór, że u nas było inaczej.

 

Samotność w macierzyństwie to mur, jaki wybudowało wokół pojęcia „matka” społeczeństwo. To jakaś szalona izolacja, ramy, w które próbuje się kobiety włożyć. Coś tak silnego, że trudno jest się z tego wyswobodzić, sprzeciwić, zrozumieć w ogóle, co się dzieje. Jesteś matką, bo to twoje przeznaczenie, życiowa misja, rola niemalże oscarowa. Jak to schrzanisz, to schrzanisz sobie życie. Oddawaj więc swoje zainteresowania, to, co lubisz, czas wolny, wolną wolę, stłum w sobie złość, nienawiść, zmęczenie i frustrację. Przyodziej minę pełną łagodności, postawę pełną zrozumienia. Jesteś matką, od dziś na cenzurowanym.

 

Jak to się zaczęło?

 

Historia kobiecości i macierzyństwa jest bardzo długa i pełna absurdów. Mawiało się i nierzadko wciąż mawia, że rolą kobiety jest opieka nad domem i dziećmi, że kobieta to dodatek do życia mężczyzny, ktoś podległy, podporządkowany woli męża. Zostanie żoną jest jedyną możliwością osiągnięcia statusu materialnego, a macierzyństwo to świętość, to coś, co definiuje kobietę. Takich teorii było i jest naprawdę wiele.

 

Pewnego dnia jednak kobiety ruszyły do fabryk, zostawiając maluchy pod opieką rodzeństwa lub innych dzieci. Odbiło się to w oczywisty sposób nie tylko na nich, ale także na matkach, a pracę kobiet zaczęto postrzegać między innymi jako „stratę zdrowia”. Ich nieobecność w domu miała również wpływać niekorzystnie na mężczyzn, którzy „pozbawieni” kobiety zmuszeni byli szukać pocieszenia gdzie indziej. Zawrócono więc kobiety z fabryk do domów, czyniąc z opieki nad dzieckiem i domem cel ich istnienia. To oczywiście duże uproszczenie, ale faktem jest, że wydarzyło się wówczas coś niepokojącego.

 

Siła tego przekazu jest bardzo duża i nie wiem, czy ktokolwiek wie, skąd naprawdę ona bije. Ale myśląc o tym, myślę o czymś bardzo pierwotnym, o czymś, w czym wyrastamy, czym nasiąkamy… Dziewczynki wychowywane są w taki sposób, że w konsekwencji stają się bardziej zależne, konformistyczne i pasywne, co zdecydowanie utrudnia uwolnienie się od społecznych nakazów. A jednym z tych społecznych nakazów, zdaniem Bogusławy Budrowskiej, jest nakaz macierzyństwa.

 

Samotnie odpowiedzialne

 

Kiedyś było prościej… 

 

No właśnie. Kiedyś… zdecydowanie było mniej możliwości, a właściwie to zero, jeśli myśleć o tym, jak ukierunkowywało się dzieci. Synowie szli utartymi przez ojców szlakami, a dziewczynki przygotowywane były do roli matki. Koniec kropka. Przynajmniej wiadomo było „co i jak”, chociaż nie sądzę, by nie przysparzało to cierpień.

 

Kiedyś, gdy jeszcze ciut bardziej słuchało się natury, zbawienne dla kobiet były domy wielopokoleniowe. Rodziło się dziecko, a w otoczeniu było co najmniej kilka kobiet mających już swoje dzieci, wiedzących jak odebrać poród i zabezpieczyć noworodka. Mogących i chcących przejąć opiekę na dzieckiem, gdy matka była czymś zajęta. Dodatkowo wokół obecne były inne dzieci, które przez wspólną zabawę roztaczały nad sobą wzajemną opiekę, tworząc tym samym najpiękniejsze dziecięce wspomnienia.

 

Układ domów wielopokoleniowych dawał możliwość zajęcia się czymś innym niż dzieci, które to nigdy nie były centrum życia kobiety. Młode matki mogły radzić się na każdym kroku, otrzymywały poradę i pomoc bez oceniania, spędzały czas na wspólnych podwórkach i, co najważniejsze, miały swoje obowiązki. Inne od wychowywania potomstwa, ale nie mniej ważne.

 

Kobieta nie jest biologicznie przystosowana do wielogodzinnej opieki nad dzieckiem. Do skupiania uwagi w ten specyficzny sposób. Trudno jej też  godzić w sobie te skrajne uczucia, które wzbudza dziecko – bo jak godzić w sobie miłość i nienawiść? To wieloletnie walki, osobiste dyskusje, wielogodzinne dialogi, poczucie winy, złość i chęć odcięcia sobie ręki, gdy już się ją podniosło na dziecko. A to wszystko odbywa się w ukryciu, w kobiecym wnętrzu, za zamkniętymi drzwiami, najczęściej łazienki, bo zwykło się tę łazienkę traktować jako miejsce, gdzie nareszcie możesz być sama. Ale doskonale wiesz, że jak masz dziecko, to nigdy nie jesteś sama. Te tłuściutkie paluszki wystające spod drzwi, które masz czasem ochotę jednocześnie nadepnąć i całować – rozdwojenie jaźni? Nie, spokojnie, to tylko macierzyństwo.

 

„Siedzisz” z dzieckiem w domu, na „urlopie macierzyńskim”, więc dlaczego jesteś zmęczona?   Może nie odkryję Ameryki, ale może coś bardziej rozjaśnię. To nie liczba obowiązków jest w tym wszystkim najbardziej obciążająca. Nie to przerasta kobiety. Kobiety przerasta konieczność godzenia w sobie tych sprzecznych uczuć, które budzi dziecko i odpowiedzialności za nie.

Bo właśnie z tą odpowiedzialnością matka jest sama. Ma wdrukowaną odpowiedzialność za los i pomyślność dzieci, za ich rozwój oraz zdrowie psychiczne i fizyczne. Jest idealizowana, wręcz wszechpotężna i… samotna. A gdzie ojciec, otoczenie, geny, temperament? Odpowiedzialność jest największym ciężarem. Nie nastawienie pralki i przygotowanie obiadu. To na dłuższą metę wkurza, bo jest monotonne i nużące, ale to co przygniata, to perspektywa, że to się nie skończy. Że przecież zawsze będę matką, to znaczy, że już zawsze będę się martwić, że już zawsze będę to przeżywać, że już zawsze będę z tym sama. To najgorsze oblicze samotności macierzyństwa. Bo często jesteśmy w związkach, ale co z tego? Mąż nam pomaga, czasem nawet zrobi wszystko, o co go poprosimy, ba! Nieraz robi w domu nawet więcej niż my i co z tego, jak nie jest on odpowiedzialny za dziecko? Że jak jest chore, to biegnie do nas? Nowe ubrania, urodziny kolegi, ciasto do szkoły, rozbite kolano? Możemy mieć pomoc, ale to nie o pomoc tu chodzi. Tu chodzi o wzięcie odpowiedzialności, którą matki biorą na siebie same, bo nie mają innego wyjścia. I to nie jest tak, że można jej trochę oddać mężowi na chwilę. Nie. Odpowiedzialność bierze się w stu procentach albo wcale. A że mężczyźni są odpowiedzialni w tym stereotypowym myśleniu za utrzymanie rodziny, to nie biorą jej w ogóle. Pomagają, ale nie są w stanie poczuć się tak, jak my. Są zaangażowani, ale nie wiedzą, do której klasy chodzi dziecko, uczestniczą w życiu rodzinnym, ale nie znają imienia najbliższej przyjaciółki, zaharowują się na śmierć, ale nie rozumieją, skąd te łzy. To takie drobne niuanse, które na co dzień ważą tonę, bo tak wiele ich jest. Wiedza dotycząca tych „drobiazgów” pokazuje, na kim spoczywa odpowiedzialność za dziecko.

 

Adrianne Rich tę kobiecą odpowiedzialność za dziecko nazywa najcięższym społecznym brzemieniem. Mówi o lęku, że nie kochamy swoich dzieci wystarczająco idealnie i bezwarunkowo. O „bezsilnej odpowiedzialności, która jest cięższym brzemieniem niż zarabianie na życie. Robotnik może się zjednoczyć i zastrajkować, a matki są pooddzielane od siebie w domach, przywiązane do swoich dzieci pełnymi współczucia więzami. Nasze ekstrawaganckie strajki przyjmują najczęściej formę fizycznego czy psychicznego załamania.

Skąd to poczucie winy i poczucie bycia nie dość dobrą? Społeczny wzorzec macierzyństwa jest konstruktem NIE DO ZREALIZOWANIA, więc dopóki nie pozwoli się matce być człowiekiem, będzie ona toczyć tę samotną walkę”.

 

Pani B siada w fotelu i nie wie, jak zacząć, czuje się niepewnie, a na czole ma wręcz wypisane „Po co ja tu właściwie przyszłam?”. „Urodziłam dziecko” – spogląda na mnie. – „I niby wszystko jest okej, mąż mi bardzo pomaga, kocha nasze dziecko, które jest zdrowe, więc z tym też jest dobrze”, wymienia dalej… Robi przydługi wstęp, jakby sama chciała siebie przekonać, że nie ma prawa w tej sytuacji czuć się źle. A jednak siedzi naprzeciwko mnie. „Głupio mi, że zajmuję pani czas, są na pewno ludzie z większymi problemami, ale ja już nie mogę. Codziennie rano, gdy zamykam za mężem drzwi, staję do walki na śmierć i życie. Mam chęć zamknąć się w pokoju i nakryć głowę poduszką, gdy córeczka płacze. Czasami płacze cały dzień z krótkimi chwilami na sen, czasem zdarza się jej spać dłużej. Jest różnie. Ale nawet gdy śpi, nie potrafię odpocząć. Widzę ten kurz i nie mam siły go zetrzeć. Wyjście z córeczką do sklepu to prawdziwa wyprawa. Kombinezon, wózek, winda, smoczek. Wtedy tak bardzo płacze, nie mogę się skupić, zazwyczaj zapominam czegoś. Trudno mi zdecydować, co ugotować, bo na nic nie mam ochoty. Kiedyś to uwielbiałam, teraz w ogóle zapominam, że jestem głodna. Gotuję to, co mąż lubi, ale to tylko czasem, jak mam naprawdę dobry dzień. Głównie gotuje mąż. Robi to późno w nocy, ja już wtedy śpię, jestem wykończona, a wiem, że w nocy będę spała snem przerywanym, bo karmię córkę piersią. Mąż nie wstaje do niej, ma odpowiedzialną pracę, musi się wyspać. Chociaż czasem patrzę na niego z zazdrością, jak beztrosko śpi. Ja już chyba zapomniałam, jak to jest. Mąż dużo pracuje, nawet bardzo. Wraca, kąpie córeczkę potem przejmuję ją ja, karmię i zasypiamy razem. Mało rozmawiamy z mężem. Głupio mi mówić, że sobie nie radzę i narzekać. On naprawdę się stara, ale ja i tak czuję się sama z tym wszystkim. Czuję się jak ostatnia niewdzięcznica. Moja mama uważa, że skoro córka jest zdrowa, to już szczyt marzeń i że mąż tak się stara, tak pomaga, że grzeszę, narzekając. A ja mam ochotę gdzieś uciec. Momentami mam wrażenie, że to nie dla mnie i myślę sobie, że chciałabym wrócić do mojego poprzedniego życia i zaraz zalewa mnie fala wyrzutów sumienia, że w ogóle tak pomyślałam, że jest tyle kobiet, które marzą o dziecku i nie mogą go mieć. A ja po kilku godzinach z córką w domu mam dość. Nie umiem czerpać satysfakcji z tego, że ją mam. Mówię pani, czuję, że zaraz zwariuję i czuję, że nikt mnie nie rozumie. Jestem z tym kompletnie sama, mimo tego, że mam męża, rodziców i przyjaciół. Ale nawet jak chciałabym z przyjaciółmi porozmawiać, to mam wrażanie, że nie wiedzą, o czym mówię, bo skąd mieliby wiedzieć? Nie mają dzieci. Sama, kiedy nie miałam dziecka, dziwiłam się takim historiom. „Chciała dziecka, a teraz narzeka”. To mój osobisty dramat.

 

To nie są odosobnione historie. Nie słyszę ich też niestety zbyt często, a szkoda. Bo chciałabym, aby każda z nas mogła otwarcie, bez oceniania, powiedzieć, jak jest. Nie każdą kobietę jednak stać na to, by otwarcie mówić, że jej źle, zwłaszcza gdy otoczenie jest tak „sprzyjające”, jak w przypadku pani B. Celowo słowo „sprzyjające” ujmuję w cudzysłów, ponieważ to, wbrew pozorom, właśnie takie idealne sytuacje bywają najtrudniejsze. Nie ma wówczas żadnych podstaw do tego, żeby się uskarżać czy czuć nadmiernie obciążoną. Bo czym niby? Kochającym, pomagającym mężem? Dostatkiem finansowym? Mieszkaniem w centrum? Zdrowiem? Szczyt marzeń. Tylko że każda z nas ma inną definicję szczytu. Znajdujemy się jednak w sytuacji, gdy ktoś inny (społeczeństwo, ideały) próbuje definiować za nas nasz szczyt, mówiąc nam, czym on jest, jakie mamy być, co mamy czuć i robić. Nie każda kobieta przeżywa to w tak dramatyczny sposób. Różnimy się od siebie, czasem bardzo, jednak to, co nas łączy, to macierzyństwo. I pomimo tego, że jesteśmy różne, wymaga się od nas, abyśmy jako matki przejawiały podobne cechy czy zachowania. I to jest dramat.

 

Samotne, bo wiedzą

 

Wychodzi się z założenia, że kobiety wiedzą, jak zajmować się dziećmi, bo mają do tego jakieś specjalne przygotowanie (?), instynkt macierzyński (?), są wyposażone w dodatkowe umiejętności w stosunku do mężczyzn (?). Po porostu wiedzą (?). Shirley Weitz zajęła się weryfikacją tego, czy instynkt macierzyński w ogóle istnieje. Wiedza na ten temat zaczerpnięta została ze świata zwierząt, które kierują się instynktami, budują gniazda czy poszukują osobnika, by się rozmnożyć. W przypadku dużo bardziej zróżnicowanej – chociażby pod względem psychologicznym – sytuacji ludzi, kładzenie tak dużego nacisku na instynkty, wydaje się być zbyt dużym uproszczeniem.  Jednak wiara w tenże instynkt spowodowała to, że po wielu przemianach społecznych, finalnie w XIX wieku, czyni się kobietę jedyną odpowiedzialną za wychowywanie, gdyż dzięki temu instynktowi jest ona w stanie zaszczepić dziecku odpowiednie walory moralne i intelektualne. Ojciec – jako nieposiadający tego instynktu – jest od dziecka odsunięty w stronę zawodową.

 

Wiedzę na temat tego, jak zajmować się dziećmi, głównie czerpie się doświadczeń i z obserwacji innych kobiet. A teraz zarówno dla kobiety, jak i dla mężczyzny, pierwsze dziecko to zazwyczaj pierwsze niemowlę, jakie widzą na oczy. Niewiarygodne? A jednak. Poziom umiejętności dotyczących opieki nad dzieckiem jest na początku ten sam u ojca i u matki. Wydaje się nieprawdopodobne. Kobieta ma co prawda tę przewagę, że przez dziewięć miesięcy dziecko wzrasta w jej wnętrzu i jeśli się na to zdecyduje, będzie karmić je piersią, ale to by było na tyle, jeśli chodzi o jakiekolwiek dodatkowe możliwości.

 

Będąc w ciąży mamy mnóstwo wątpliwości i pytań, jednak z reguły zaspakaja je jedynie stwierdzenie „będziesz wiedziała”, „instynkt ci podpowie”. Jednak gdy dziecko przychodzi na świat, to nagle okazuje się, że ten instynkt nic nie mówi. Wpadamy w popłoch. Zaraz potem pojawia się drugi koronny argument, wyjaśniający wiele – „Jestem złą matką”. Bo nie słyszę tego, co instynkt do mnie mówi, bo może wcale go nie mam, skoro nie umieram z miłości za każdym razem, gdy spoglądam na własne dziecko. Bo nie umiem go ukoić w płaczu, bo nie wiem, co ten płacz oznacza. Bo nie umiem karmić piersią. Kobieta jest z tym sama. Niezależenie od tego, jaki wspaniały by jej mężczyzna nie był, z pewnością może przejść mu przez myśl: „Coś z nią jest nie tak, skoro nie wie. W końcu jest kobietą, matką”. Rodzina i przyjaciele – niezależnie od tego, czy własne dzieci mają czy nie – spoglądają ze współczuciem, ale i niepokojem. Mają wtedy dobre rady: „Nie przejmuj się, weź się w garść”. Nie usłyszysz: „Hej, też tak miałam, też totalnie mnie poskładało, było mi trudno”. Nie chcemy się przyznawać, że z nami też było „coś nie tak”, że „nie wiedziałyśmy”. To trochę tak, jak wmawiać początkującemu kierowcy, że będzie widział, jak prowadzić samochód. Zrobi to bez problemu i płynnie, a jazda to będzie satysfakcja. A przecież to godziny prób, stresu i niepewności! Lusterka, sprzęgło, biegi, kierownica, kierunkowskazy, wycieraczki. Na wszystko trzeba mieć oko, liczba spraw do opanowania wydaje się przerażająca. Sporo czasu musi upłynąć, by jazda była intuicyjna i satysfakcjonująca. I każdy, kto prawo jazdy robił, może z czystym sumieniem rzec, że na sucho trudno się tego nauczyć. Warto się przygotować, poznać znaki drogowe, zasady etc., ale tylko praktyka czyni mistrza.

 

Kobiety w macierzyństwie mogą liczyć tylko na siebie, bo oczekuje się, że będą wiedziały. Bo same wymagają od siebie, że będę wiedzieć. Tylko one.

 

Samotna, oddana, wszystkiemu winna

 

Dobra matka, to oddana dziecku matka, która zrobiła sobie przerwę od bycia sobą. Jeśli chcesz wygospodarować dla siebie jakąś przestrzeń, czeka cię samotna bitwa z oskarżającymi spojrzeniami i własnym wewnętrznym głosem. Przecież matka powinna być zdolna do poświęceń!

 

Gdy dziecko przychodzi na świat, życie matki zmienia się na wielu polach, natomiast życie ojca już nie tak bardzo. U niego przynajmniej harmonogram dnia pozostaje podobny, natomiast w przypadku kobiety dochodzi do sporych zmian i sporej izolacji. Pozbawiona kontaktu z innymi dorosłymi, zostaje w domu z dzieckiem, często z dala od bliskich, odpowiedzialna i uważna. Sparaliżowana strachem, wszystkiemu winna. Wszelkie decyzje podejmuje sama. To jest miażdżące. Kiedy rozszerzać dietę? Jak ją rozszerzać? Czy karmić piersią? Może lepiej butelką? A co gorsza, niezależnie od tego, jaką decyzję podejmie, znajdzie setki argumentów na to, że to zła decyzja. Karmi piersią, więc zbytnio przywiązuje dziecko do siebie, ale jak karmi butelką, pozbawia je cennych składników dostępnych tylko w mleku matki. Rozszerza dietę metodą BLW, więc głodzi dziecko, a jak podaje papki – uniemożliwia mu naukę gryzienia. I takich przykładów można mnożyć tysiące.

 

Społeczno-kulturowy wzór macierzyństwa jest dość opresyjny. Jeśli matka chce go należycie wypełnić, powinna praktycznie w stu procentach oddać się dziecku, będąc przy tym ostoją spokoju i łagodności.

 

Dopiero czasy ruchów feministycznych zrobiły przestrzeń na to, by mówić, że z macierzyństwem łączy się również gniew, złość i frustracja. I pomimo tego, że od tamtych wydarzeń jawnie się o tym mówi, wspomniana przeze mnie wcześniej siła przekazu jest tak duża, że kobiety – o matkach nie wspominając – jedynie na poziomie deklaratywnym pozwalają sobie na odczuwanie złości, frustracji i gniewu. Odczuwanie złych emocji jest jednak w pewnym sensie naruszeniem świętości.

 

Na przykład kobieta, która nie chce mieć dzieci, tak bardzo zaprzecza temu porządnemu obrazowi, że niemal natychmiast zaczyna mówić się o jej psychopatologii. Nie każda z nas musi pragnąć dziecka, a ta która go nie chce, ale pod presją się na nie decyduje, skazuje się na cierpienie.

 

Pani D tak opisuje swoje uczucia związane z macierzyństwem:

 

Kocham swoje dzieci, tylko wydaje mi się, że nie dość mocno. Czasem nie kocham ich wcale i chcę, żeby zniknęły. Gdy mówię o tym komuś, zawsze obracam to w żart, by chociaż w minimalnym stopniu dać upust temu, co czuję. Tylko żartując jestem bezpieczna. Wtedy mój mąż i moje koleżanki uśmiechają się nerwowo… „Dobry żart”… Tylko że ja nie żartuję. Gdy mówię do dziecka „odejdź stąd, daj mi chwilę”, czuję, że za moment wybuchnę, ale jestem z nimi sama, nie mogę wyjść. Przeżywam istny koszmar. Najgorsze jest to, że nikomu nie mogę powiedzieć. Krzyczę sobie tam w środku, ale nikt mnie nie słyszy. Czasem czuję się jak w więzieniu. Gdy podniosę głos, to mówią mi, że stosuję przemoc psychiczną, a ja sama czuję się jak ofiara przemocy, gdy nie mogę mówić tego, co czuję, gdy sama przed sobą muszę się kryć. Gdy oczekuje się ode mnie, że będę się uśmiechać, gdy jestem wściekła, że będę łagodna, kiedy ja taka nigdy nie byłam i nie jestem. Ciągle muszę coś rozumieć, być cierpliwa, czekać, aż dziecko coś zrozumie albo z czegoś wyrośnie. Mój mąż ma to gdzieś. Nie obchodzi go, gdy dziecko płacze. Nawet jak jesteśmy gdzieś razem i ono się wydziera, to na mnie patrzą, nie na niego, jakbym to ja była winna temu, że płacze. A może po prostu ma gorszy dzień? Ja nie mogę mieć gorszego dnia. Kiedyś mogłam. Odkąd jestem matką, mam wrażenie, że wszyscy patrzą mi na ręce i nic już nie mogę.

 

Co z tym zrobić? Jak sobie pomóc?

 

Oglądałam już sporo bezsilności. Wielokrotnie słyszałam, że nic się już nie da zrobić, że próbowały wszystkiego, że trzeba się z tym pogodzić, bo tłumaczenie nie pomaga. Że mężczyźni i kobiety są z dwóch różnych światów i po prostu nie da się tego połączyć. Z drugiej strony byłam świadkiem silnego przekonania, że to z nimi, matkami jest coś nie tak, że nie potrafią, że się nie nadają.

 

Jesteśmy zmieszane i niepewne, ponieważ pojawia się oczekiwanie i bardzo silny przekaz, że mamy być matkami i mamy sobie radzić. Każda zdrowa kobieta powinna chcieć mieć dzieci i męża i czerpać satysfakcję z macierzyństwa. W przypadku jakichkolwiek odstępstw, kara jest surowa i wielopostaciowa. Najgorsze jest to, że często jesteśmy pierwsze w oskarżaniu siebie i bardzo szybko wychodzimy z założenia, że skoro nie spełniamy się jako matki (według tego opresyjnego wzoru, rzecz jasna), to coś jest z nami nie tak. To siebie próbujemy dyscyplinować i zmieniać w pierwszej kolejności. Jeszcze bardziej się odczłowieczyć i uspołecznić. Prowadzi to do tego, że kompletnie zapominamy, że jesteśmy ludźmi. Że mamy prawo mieć dość, że mamy prawo być wkurzone, że mamy prawo nie chcieć. I to jest okej, bo to przecież ludzkie i – uwaga – ZDROWE (!). Niezdrowe jest ciągłe malowanie trawy na zielono. Rezygnowanie ze swoich potrzeb, niedawanie sobie przestrzeni na złość, gniew, frustrację. Mówimy, że to złe emocje i dobre matki tak nie robią. Co za bzdura! W agresji jest przecież olbrzymia siła ku życiu i witalności. Frustracja to niezwykle ważna informacja, mówiąca o tym, że ktoś lub coś narusza nasze granice. Chowając się za pełną łagodności „dobra matką”, pokazujemy dziecku jakąś nieprawdę na temat ludzi i kobiecości. Niezależnie od tego czy wychowujemy chłopca czy dziewczynkę, pokazujemy, że kobieta uśmiecha się, gdy jest wkurzona lub wybucha, gdy jest na skraju wyczerpania i wówczas czepia się naprawdę o głupoty.

 

To co możesz zrobić?

 

  1. Daj sobie przyzwolenie na złość, agresję i gniew, czyli pozwól sobie poczuć, że jesteś człowiekiem z całym dobrodziejstwem inwentarza, a co za tym idzie – z całym wachlarzem emocji. Jeśli czujesz, że masz dość, to oznacza to jedynie, że masz dość, a nie, że jesteś złą matką.

 

  1. Pamiętaj, że jesteś jednym z dwojga rodziców. Ojciec Twojego dziecka nie ma Ci pomagać, tylko ma razem z Tobą wychowywać, czyli brać sto procent odpowiedzialności za nie. Poniżej znajdziesz krótki test, który odpowie na pytanie, czy ojciec Twojego dziecka jest za nie odpowiedzialny.

 

  1. Wie, kto jest najlepszym przyjacielem Waszego dziecka.
  2. Wie, jaki rozmiar ubrania nosi oraz kiedy i jakie ubrania trzeba mu kupić.
  3. Wie, kiedy są ważne wydarzenia w przedszkolu/zebrania w szkole.
  4. Wie, kiedy są kontrolne wizyty u lekarza.
  5. Jest w stanie zostać z dzieckiem sam na sam bez Twoich żadnych instrukcji.

Jeśli na większość pytań odpowiedź brzmi „nie”, wiesz już, że nie jest.

 

  1. Nie zapominaj, że jesteś odpowiedzialna za siebie. I za swój komfort. To Ty jesteś odpowiedzialna za podjęcie działań celem realizacji swoich potrzeb. Nie Twój partner, który „mógłby się domyślić”, który „mógłby w końcu zachowywać się tak, jakbyś tego chciała”, w końcu „zaczął myśleć tak jak ty”. Nie teściowa, nie koleżanki, matki. TY. I dopóki nie zaczniesz mówić, czego potrzebujesz i WDRAŻAĆ tego w życie, nic się nie zmieni.

 

Często słyszę, że brakuje nam czasu dla siebie.

– Okej. A co zrobiłaś, by go dla siebie wygospodarować?

– Nie da się.

– Czyżby?

 

  1. Odczep się w końcu od siebie. A w zasadzie odczep się od idealnego obrazu matki Polki. Bądź sobą. Nie myśli o tym, czego się od Ciebie oczekuje, a o tym, co Ci służy.

 

  1. Pracuj nad swoim związkiem. Gdy zostajemy rodzicami, zaczynamy komunikować się z parterem z pozycji ojca i matki dziecka. Na przykład Twój partner podniósł głos na dziecko. Zamiast mówić oskarżającym tonem: „Nie zachowuj się tak przy dziecku!”, zapytaj: „Co się stało, że straciłeś panowanie nad sobą?”. Nadal jesteście parą/małżeństwem/wychowujecie razem dziecko, musicie wychodzić poza „ojca” i „matkę”. Dbajcie o siebie, interesujecie się sobą. To najlepsze, co możecie zrobić dla siebie.

 

  1. Wychodź do ludzi. Kontakty z innymi naprawdę poszerzają perspektywę. Dają często możliwość przekonania się, że sposób, w jaki patrzymy na świat, to nasza perspektywa, nasze wyobrażenia, które bardzo często odbiegają od wyobrażenia innych. Dowiadujemy się, że znajome kobiety mają podobne problemy. Że nie jesteśmy wyizolowanym przypadkiem. To, że nie rozmawiamy ze sobą, nie dzielimy się swoimi historiami, powoduje, że snujemy wizje, że inne matki sobie radzą, a my nie. Jesteśmy sobie potrzebne, szczególnie w tych czasach, gdy nie mamy w pobliżu zbyt wielu bliskich nam kobiet, które mogłyby mieć podobne dylematy. Jednym z rozwiązań jest aplikacja AKUKUMAMO, która umożliwia wyszukiwanie w pobliżu mam, z którymi można umówić się chociażby na wspólny spacer.

 

Mam nadzieję, że powyższy tekst pokazał, z czym mamy do czynienia jako matki. Że rozjaśnił, w jakiej sytuacji się znajdujemy, dając tym samym możliwość zrozumienia, dlaczego czasem tak nam trudno i oddzielenia od siebie dwóch kluczowych kwestii – opresyjnych oczekiwań społeczeństwa (ogólnie rzecz ujmując) i naszych potrzeb, ułomności, czyli wszystkiego, co wpisuje się w bycie człowiekiem. Tak po prostu.